Książki

Books


Oficjalne centrum świata: Malarze, gwiazdy, miasta, obrazy (Słowo/obraz terytoria)
[1998]
Opis książki
Wydawnictwo "Słowo/obraz terytoria":
Impresje polskiego reżysera, producenta i kompozytora, poświęcone życiu w amerykańskiej "fabryce snów", połączone wątkiem starań o realizację filmu o Jean-Michelu Basquiacie, awangardowym malarzu amerykańskim – filmu, w którym zagrali ostatecznie Gary Oldman, Dennis Hopper i David Bowie. Autor obraca się w kręgach artystycznej bohemy Nowego Jorku i Hollywood. Nadaje swojemu życiu gwałtowne tempo, imponuje liczbą zawieranych znajomości, odbytych podróży. Majewski potrafi jednak zdystansować się od życia w biegu, w nieustającym pędzie za karierą, powodzeniem i sukcesem. Krytyczny dystans wobec rzeczywistości pozwala mu nie zagubić się w oszałamiającej Ameryce. [www.terytoria.com.pl]

Ameryka

Nie istnieje jako państwo. To przestrzeń wyidealizowana, o której się marzy. Mit opowiadany pismem obrazkowym. W kinie. Na ekranie telewizora.

Jest mitem ucieczki. Od nędzy, od głodu, od bycia poniżonym (inskrypcja na Statui Wolności), a przede wszystkim ucieczki od siebie – największe pieniądze w Hollywood zarabia się na tym, by pozwolić widzom nie myśleć.

Sto lat temu była mitem dla odważnych. Bezkresne prerie i pustynne płaskowyże zaludnili ludzie z Poronina i Luleä, i nadali osadom biblijne nazwy. Betlejem, Kankan. Nowa Jerozolima. Nowe wieże Babilonu przyciągnęły nawet Majakowskiego, gdyż widział w kinie, jak nowojorczycy umawiali się przez białe telefony, by tańczyć na dachach drapaczy chmur.

Później był Wietnam, Kennedy, Oswald, King i Mason, i coś się popsuło. Ameryka dorosłych rozpadła się, a dzieci-kwiaty zaczęły robić filmy dla jeszcze młodszych. Lucas i Spielberg stworzyli królestwo zabawek, które opuściło naszą planetę i uciekło w abstrakcyjną cyberspace, wysysając mózgi spod czół przyklejonych do komputerów.

Wtedy dorośli przestali być dorosłymi. Na ogół zdziecinnieli. Prawdziwi mężczyźni zamienili się w roboty (najdroższy z nich o nazwie Schwarzenegger, co oznacza „czarny Murzyn”, zaszedł nawet w ciążę), kobiety zaś stały się męskie; nauczyły się kopać mężczyzn w genitalia i grać w westernach.

Za to komputery po cichu planują, liczą, romansują, umawiają się i wchodzą w związki, by rodzić abstrakcyjne mity w przestrzeni wyidealizowanej, w nowej Ameryce, która pędzi przez elektroniczne przestworza.

Da Vinci kontra Basquiat

Gdy w 1988 roku mieszkałem w Iver, często chodziłem do pobliskiej biblioteki w Windsorze. Oglądałem Kodeksy Leonarda i nogi uginały się pode mną. Jakże piękna jest strona notatek i myśli da Vinci. Podniesiona do rangi samoistnego dzieła sztuki poprzez wyjęcie jej z kodeksu i powieszenie w gablocie. Astrologiczne linie przedniej nogi konia, kosmiczna arytmetyka proporcji stawów, orbity ruchów, gwiazdy przecięcia się promieni kości. Moje oczy zagubione w pożółkłym niebie kartki śledziły drobne ruchy ręki Boga, gdyż Leonardo, jak nikt innym był i jest Bogiem w swym pięknie i okrucieństwie, okrucieństwie gorącej pracy i zimnej obiektywności.

Uświadomiłem sobie, że teraz, nie mogą nadążyć za rozwojem rozszczepionych na drobne części nauki i sztuki, nawet nieprzeciętnie wykształcony człowiek pozostaje w gruncie rzeczy analfabetą, ignorantem w większości dziedzin, i nie może (będąc przy zdrowych zmysłach) próbować dociec istoty życia i Boga na kartce papieru. Wychodziłem z biblioteki w stanie depresji, w poczuciu, że jestem śmieciem w tych śmiercionośnych czasach kultury masowej, blichtru, eskapizmu, i konsumpcyjnego ogłupiania, i nie pozostawało mi nic innego, jak upić się i zagapić w telewizor.

Tak czułem aż do chwili, gdy w Nowym Jorku, pół roku później, poprzez zbieg okoliczności (czy istnieją? Leibniz twierdził, że nie ma przypadku – są tylko prawa, których nie znamy) i przyjaźni z Januszem, który dał mi artykuł mówiący o śmierci Basquiata, uderzył mnie kilka rysunków, które co prawda w sposób prostacki i dziecinny, niemniej jednak korespondowały ze stronicami kodeksu Leonarda.

Kartki papieru, które Basquiat zapełniał czymkolwiek, co przewinęło mu się pod ręką lub przed oczyma: nazwy miejscowości przepisane z atlasu, wykresy astronomiczne skopiowane z encyklopedii, nazwy lektur i broni z książki o historii, napis z paczki papierosów i kartonu mleka, słowa neonów, komiksów i biletów lotniczych, diagramy aparatury dźwiękowej i stacji metra, potraw z menu i toporne kopie dwudziestopięciocentówek monet, wszystko, co każdemu przewija się przez ręce.

A prostactwo i dziecinność, estetycznie rzecz biorąc, był dodatkową siłą, odzwierciedlającą stan, jakim cywilizacja wypełnia współczesnego człowieka, stan analfabety zagubionego w chaosie artykułów prasowych i programów telewizyjnych, zinfantylizowanego podróżnika jakichś Star Treks i Star Wars, wierzącego, iż prezydent jest dobry, bo ładnie się uśmiecha.

A więc Basquiat bez lękania się przez autorytetem stał się współczesnym Leonardem, usiłującym dociec istoty danego mu życia i świata na kartce papieru. I był tego bezczelnie świadomy. Jedną ze swoich prac zatytułował Leonardo’s Greatest Hits.


Uśmiech foki

Myśląc o ascezie i popełniając harakiri tępym nożem telewizji, natrafiam na program o naukowcach spędzających kilkanaście lat na Antarktydzie, w tak zwanej Suchej Dolinie, w której nie istnieje życie, ani śnieg, jedynie skostniały od czterdziestostopniowego mrozu brudny piach. Piach ten jest osadem po nie istniejącym już lodowcu.

Czym jest dobrowolne spędzenie wielu lat życia przez sprawnego fizycznie człowieka na zakładaniu nieskończonej liczby ciepłych gaci i wychodzeniu codziennie na suchy mróz, by wykopywać worki piachu i analizować ich skład chemiczny? Poświęceniem? Głupotą? Odwagą? Ascezą? Przygodą? Brakiem wyobraźni? Koncentracją? Lękiem przed społeczeństwem? Idée fixe? Religią? Wszystkim tym razem? Niczym z tego? W drodze do miejsca kopania naukowcy i reporterka natknęli się na lśniące ciało foki. Uderzone łopatą wydało kamienny dźwięk.

Foka wyglądała tak, jakby znieruchomiała nagle, obserwując ludzi. Uśmiechała się nawet. Jeden z naukowców stwierdził, że foka mogła tu dotrzeć nie później niż czterysta lat temu. Uśmiechnięta, lśniąca foka. Widać ta, gdzie nie ma życia, nie umiera się nawet. Uśmiechając się, trwa w oczekiwaniu.


Liść

Z balkonu sąsiada piętro wyżej zwisa suchy liść palmy. Targany wiatrem zwraca moją uwagę. Rozprasza mnie. W granitowo-prostokątnej architekturze Nowego Jorku jest ciałem obcym. Jest jedyną zielenią (aczkolwiek spłowiałą) w zasięgu mojego okna. Chcę wyjść na balkon i wyrwać go. Ale boję się, że pociągnie za sobą doniczkę i zrani lub zabije kogoś na ulicy.

W Rio de Janeiro liście wdzierały się wszystkimi oknami. Liście dżungli, łapczywe, kamienio- i mięsożerne napawały mnie podziwem dla swej zachłannej siły. Siły, która rozrywała ściany w niespełna rok, w dekadę zaś pożerała budynek wraz z dachem i fundamentami. Tu chcę zniszczyć ten jedyny i tak już umarły liść. Gdyż w Nowym Jorku to kamienie pożerają żywy organizm.


Bal w konsulacie

Gdy wracam z Palm Beach, w skrzynce pocztowej czeka zaproszenie do konsulatu na spotkanie z Wałęsą. Spotkanie „tak ekskluzywne”, że zaproszeni nie mogą nawet wziąć swoich żon. Idę. 25 marca o ósmej wieczorem. Pełno chłopskich twarzy. Ponad muszkami i żabotami, które wylewają się spod ciasnych fraków. Ścisk. Tłum. Mało żon. Zamawiam drinka w barze i siadam w bocznej Sali. Za chwilę bar oblega spora grupa księży bratających się z ortodoksyjnymi Żydami. Bratają się w westybulu przy dekoracyjnej klatce schodowej. Ponieważ nie cierpię tłoku, wracam do baru, zamawiam screwdriver i siadam na swojej kozetce, która stanowi „kropkę nad i” suto zastawionego stołu.

Głośniki chrząknęły, mikrofon zaskowyczał i słyszę głos konsula Surdykowskiego zapowiadający Pana Prezydenta Wałęsę, który wręczy Krzyż Virtuti Militari kardynałowi Królowi. Plecy ścieśniają się. Swojski, przaśny głos prezydenta rozlega się pod rokokowym sufitem konsulatu. Zachwala „Polskie”, po czym zwraca się do Kardynała w te słowa: „wręczam Panu ten medal za wszystkie zasługi, jakie Pan poniósł dla naszego ukochanego kraju”. Po chwili ciszy Lech się poprawia: „Przepraszam, że zwracam się do Pana per Pan, ja taki Katolik powinienem lepiej wiedzieć, ale sądzę, że zostanie mi to wybaczone”. Starczy, drżący głos Kardynała szepcze do mikrofonu: „Dziękuję, Panie Prezesie” i – jak na komendę – bańka zbitych wyfraczonych pleców pęka i kilku najmniej cierpliwych rzuca się przez salę do suto zastawionego stołu, orlim wzrokiem szukają kawioru.

Tłum się rozstępuje na pół i ukazuje Prezydenta, który energicznie pokonuje las ściskających go rąk w próbie dotarcia do ww. stołu. Kilka osób z dzikim uporem stara się przewidzieć jego następny ruch i ustawia w dumnych pozycjach, w oczekiwaniu, że Prezydent podejdzie, a wtedy eksplodujące flesze uchwycą ów historyczny moment, który powiększony, podretuszowany i obramowany zawiśnie gdzieś w biurze obok dyplomu lub w domu przy wieszaku na płaszcze, aby można było wspominać ową świętą chwilę aż do Dnia Sądu Ostatecznego. Wkrótce nic już nie mogę dostrzec, bowiem kurtyna wyfraczonych pleców zamyka się tuż przede mną. Wstaję więc i ruszam do przeciwległej Sali. Mijając westybul zauważam opuszczonego starca w wózku inwalidzkim. Drzemie zgarbiony, a jego podbródek spoczywa na błękitnej wstędze. To kardynał Król.

Powoli tłum się rozprasza, Wałęsa znika, a rozentuzjazmowani fotografowie robią zdjęcia wszystkim i wszystkiemu. Rozmawiam z polskim astronomem z Princeton, poznaję szefa Dywizjonu 303, po czym Janusz Kapusta, na niezłym gazie, przedstawia mnie Barbarze Piaseckiej-Johnson. „Basiu – krzyczy – to jest jedyny człowiek w tym towarzystwie, który nie chce od ciebie pieniędzy”. Pani Basia chichocze, ściska Janusza i odkrzykuje: „Ja pana tak lubię, panie Kapusta”, po czym bierze mnie pod rękę i siadamy razem w rzędzie rokokowych krzeseł pod ścianą.

Zaczynamy rozmowę o niczym, lecz nie upływają dwie minuty, gdy u nóg Basi wyrasta nowa ściana, tym razem czerwonych, zapijaczonych gęb w wieku podeszły i z worami od oczami. Rozbawieni ci panowie klęczą kupą, wywalają zbielałe jęzory, oblizuję się lubieżnie i jęczą: „Pani Basieńko, Basieńko Cudowna, Pani jest najlepszą Kobietą na Świecie. O Cudowna, Ty, Dziewuszko, Basieńko, opowiedzieć ci kawał? Znasz ten o doktorze i żabie na głowie. Nie? To słuchaj… I cha, cha, chi, girlandy śmiechu, i buty Basieńki wylizane do połysku, i Janusz z drinkami krzyczący: „co się tak płaszczycie na kolanach przed forsą?!”, i Kasieńka: „ja pana Kapustę tak lubię”, i znowu dowcipy, wciąż na kolanach, i pański głos Basieńki przerywający figle i igraszki: „A czytaliście wstęp, który napisałam do ekspozycji moich zbiorów malarstwa w Warszawie?”

Cisza. Jak makiem zasiał. Jęzory mlaszczą i chowają się za pokrzywionymi parkanami zębów. Panika. Nikt nie czytał. „A mój <> na temat Polskiej Sytuacji grudnia 90 roku?” – Pani Basieńka znęca się nad pokonanymi. Cisza staje się nie do zniesienia. „No to g… wiecie” – krzyczy triumfalnie Basieńka. Na co panowie protestują i zapewniają, że owszem, że to świństwo, iż nie znają wstępu do jej ekshibicji i papieru o sytuacji, ale niemniej jednak to i owo wiedzą. Na przykład to, że trzeba by się więcej napić. I leją się drinki i jęzory wymykają się zza zmurszałych płotów i merdają radośnie i przycupują przy butach Cudownej, Jedynej, Najwspanialszej, Najrówniejszej, Najlepszej, Najbliższej, Najukochańszej i Najpiękniejszej Basieńki.


Dzieci Weissmullera

Aktorom trudno jest w Hollywood o pracę w swoim zawodzie. Dlatego tylu z nich pracuje na stacjach benzynowych, w restauracjach i supermarketach. Za to w cenie są kulturyści.

Kiedyś nie do pomyślenia było, żeby Johnny Weismuller zarabiał więcej od Gregory Pecka. Teraz muskularne ciało Schwarzeneggera rzuca długi cień na Roberta De Niro.

Kiedyś w Hollywood prywatne szkoły aktorskie rosły jak grzyby po ulewie. Teraz obumierają. Miejsce Szekspira zajął Nautilus. W opuszczonych szkołach otwiera się siłownie.


LSD zakrapiane w źrenice

W nocy docieramy do Las Vegas, którego łuna oświetla niebo już z odległości dwustu kilometrów. Światła, światła, światła. Blichtr, blichtr, szmira. Szmira absolutna, szmira piękna. Nocujemy w pałacu Cezarów, w cieniu białych, plastykowych, większych niż oryginały kopii posągów Juliusza Cezara, Nerona i gladiatorów. Kompleks Colosseum, Kasyno Olimpijskie, Cirrus Maxiums, via Appia, Wieża Centuriona, jednoręcy bandyci, stoły do ruletki, medale Cezara, czapki baseballowe Cezara, kije baseballowe Cezara, roznegliżowane kelnerki Cezara, krupierzy Cezara i nadzorujący krupierów starsi krupierzy Cezara, i nadzorujący krupierów pracownicy administracji Cezara, i nadzorujące pracowników administracji wszechobecne, nieodłączne, nie zmęczone, ciemnoopalowe oka kamer.

Kontrola, jaką wymyślili Stalin i Orwell, jest niczym w porównaniu z kontrolą kasyna w Las Vegas. Zmęczony barman zapytany o czwartej nad ranem, czy podoba mu się praca w kasynie, recytuje głośno, donośnie: „To jest najlepsze miejsce na świecie” i mija kilkanaście minut, nim zbliża się do nas i zdławionym szeptem zwierza się, że nie może już dłużej wytrzymać bezustannej kontroli. W pobliżu Pałacu Cezarów, kasyno El Miraże z dżunglą pod dachem i gigantyczną przeszkloną alabastrową górą z parą tygrysów-albinosów oraz wulkanem, który wybucha co pół godziny. A obok The Strip, neony płynące, wybuchające, mieniące się, rozjarzone, w mechanicznym pośpiechu, w elektronicznie podwyższonym impulsie, niczym LDS zakraplane w źrenice, a pod neonami, wewnątrz kasyn, zmęczone, zahipnotyzowane, spocone twarze przegrywających, którzy wciąż mają nadzieję, swoją matkę.


Oficjalne centrum świata

Wschód słońca na krawędzi Wielkiego Kanionu. Kanion rzeczywiście wielki, ale jeszcze większa jest liczba turystów cisnący się dookoła. Płacz dzieci, krzyki rodziców, pojękiwania teściów, staccato aparatów fotograficznych i – gdy słońce wypływa ponad horyzont – jedne wielki, wspólny krzyk: OCH, JAK PIĘKNIE! Kanion jest Wielki i Nudny. Gigantyczne dziura w ziemi, o której najlepsze co można powiedzieć, to fakt, że z każdym krokiem w dół człowiek cofa się w czasie o czterdzieści tysięcy lat.

Jesteśmy na ziemiach zarządzanych przez Indian, Rezerwaty pełne osowiałych, otyłych Indian. Całkowicie wyjęte spod jurysdykcji Stanów Zjednoczonych dawne plemiona mają swoje służby porządkowe, policję, sądownictwo. I prohibicję. Nigdzie nie można napić się ani grana alkoholu. Ale zdegenerowani Indianie mimo tych wszystkich zakazów i tak piją na umór.

Po przejechaniu Arizony i wyminięciu Phoenix zbliżamy się do granicy z Meksykiem. Meksykiem Yumie (do której pociąg odchodzi o trzeciej z minutami) skręcamy na Zachód i wjeżdżamy w obszar Cesarskich Wydm. To jest ostatnia pustynia naszej podróży. Nie kończące się piaski nadają się idealnie do filmu. Ale w głębi, niestety, dostrzegam ośnieżone szczyty Rocky Mountains. Śnieg, a zatem i woda, podobnie jak zieleń kaktusów i drzew Joshuy na pustyni Mojave kojarzy się z życiem. A my szukamy pejzażu pustynno-martwego.

Jedziemy autostradą poprzecinaną błyskawicznie tworzącymi się zaspami piachu. Kto je sprząta? Grupki Meksykanów wdzierają się na wydmy i biegną w głąb Ameryki. Nad ich głowami powiewają prześcieradła w żółtym kolorze. Gdy na niebie zawisa helikopter Coast Guard, Meksykanie znikają, jakby zapadli się pod ziemię. Helikopter, niczym archaiczna ważka, rozgląda się po okolicy, wisi chwilę nad naszym dachem, wprawiając samochód w wibrację, po czym znika. Meksykanie wychylają się spod maskujących prześcieradeł i biegną dalej.

Zza zakrętu wyłania się ogromny billboard. Koślawe ręcznie napisane litery: OFICJALNE CENTRUM ŚWIATA – WSTĄP I ZOBACZ – TERAZ SKRĘĆ W PRAWO skłaniają nas do posłuszeństwa. Skręcamy. Piaszczysta droga wije się i urywa. Ponad pustkowiem góruje piramida. Z marmuru. Wysoka na dwadzieścia metrów. Obok zamknięty barak-muzeum oraz spiralne schody do nieba. Przy schodach tabliczka: SCHODY WIEŻY EIFFLA. Wszystko otoczone drucianym płotem. Ani śladu człowieka.


Cmentarz snów

W Los Angeles cisza. Oczekiwanie. Dlaczego? Czuję się dziwnie. Przyjechałem tu pracować, z całym impetem gotowy do wskoczenia w tak zwany wir aktywności produkcyjno-reżyserskich, a tymczasem nic się nie dzieje. Odpływ morza. I tylko bąbelki, ciche bulgotanie w paru kałużach na schnącym piasku. I gdybym nie wyjechał w pięciodniową, pięciotysiąckilometrową dokumentację pustyni w ostatnich pięciu tygodniach, prawdopodobnie bym oszalał.

- Nie masz prawa narzekać – słyszę głos Paula Bartela. Jest reżyserem z długoletnim stażem, autorem niezależnych, ostrych i prowokacyjnych, czyli „trudnych” komedii: Eating Raul i Walka klasowa w Beverly Hills. Nazywają go amerykańskim Buñuelem. – Mimo, że przyjechałeś z jakiejś tam Polski, realizujesz tu swoje projekty. S w o j e w ł a s- n e, rozumiesz? – wychyla się z tarasu swojego domu i wskazuje na migocące w dole Los Angeles. – Czy wiesz, co to jest?
- Co?
- No, to wszystko – zatacza łuk ręką.
- Los Angeles.
- To oczywiste, ale z czym ci się kojarzy?
- Z fabryką snów.
- Bzdura! – zniecierpliwiony macha ręką. – To największe cmentarzysko świata.
- Cmentarzysko?
- Tak. Cmentarzysko projektów. Ja sam byłem świadkiem tysięcy pogrzebów. Zarówno karier, jak i pomysłów. Sześć tysięcy reżyserów, pół miliona aktorów, dwa miliony ludzi pracujących w przemyśle filmowym, z których każdy ma wyśniony jeden, wielki, swój film. Ale ile, myślisz, ma szansę powstać?


Dystrybucja (Distribution): Wydawnictwo słowo / obraz terytoria 80-244 Gdańsk, ul. Grunwaldzka 74/3 tel. (058) 341-44-13, tel./fax (058) 345-47-07