Książki

Books


Hipnotyzer (Rebis)
[2003]
Opis książki
Wojciech Chmielewski "Powiew Edgara Allana" ("Nowe Książki" 2004, nr 2):

Zanurzamy się w kręte weneckie uliczki poprzecinane setkami kanałów. Woda tajemniczo w nich chlupocze, obmywając zmurszałe mury, rozwalone bramy do ogrodów, pordzewiałe kraty ogrodzeń. Jakaś dziwna siła nakazuje nam nie ustawać w wędrówce i – wraz z bohaterami najnowszej powieści Lecha Majewskiego "Hipnotyzer" – dojść aż na brzeg Canale Grande, spojrzeć w oczodoły okna ogromnego opustoszałego palazzo, czekać, bać się...
Wszyscy, którym bliskie są światy stworzone przez genialnego autora "Upadku Domu Usherów", książkę Majewskiego przyjmą z zadowoleniem. Mamy tu bowiem rzeczywistość jak najbardziej nam współczesną, która jednak wymyka się racjonalnemu opisowi, naznaczona jest zagadką i niezwykłymi zdarzeniami, nieuchronnie prowadzącymi do upiornego rozwiązania. Bohaterowie pandemonium za swe ognisko mającego Wenecję to również osoby naznaczone i dzięki życiu, jakie wiodą, wyłamują się z demokratycznych i zasobnych społeczeństw Zachodu.
Profesor Eliot Ems – amerykański astronom, dziwak i samotnik, badający paradoksy materii; Ulla Sjöstrom – Dunka z Kopenhagi, zajmująca się rekonstruowaniem siedemnastowiecznych gobelinów i marząca o dotyku na swym ciele dłoni dawno zmarłego tkacza; holenderski abnegat i alkoholik Hette – geniusz biochemii, romansujący z pięćdziesięciolatką. Jest Czeszka Anna Gent – piękna kobieta o chorobliwej wyobraźni, specjalistka od zachowań zwierząt; jest też Niemiec Hermann Tolmes – parający się parapsychologią i szamanizmem. Grupę postaci dopełniają filozof Gerard Kempis, dewiant zafascynowany kształtami kobiecych uszu, i zamerykanizowany Francuz Jakub Dronsta, dla którego matematyka „była (...) deską ratunku w zalewie wulgarnej rzeczywistości, możnością obcowania z lepszym, niewyobrażalnie pięknym i nieskończonym światem, w którym abstrakcyjne twory żywiły się jedynie światłem umysłu”. Tych outsiderów połączyło jeszcze jedno – w pewnej chwili napotkali zimne, przeszywające ich do głębi spojrzenie, które sprawiło, że w ich życiu zaszła zmiana – na rozkaz tajemniczego mężczyzny podążyli do Wenecji, by tu, w zacisznym wnętrzu obszernego palazzo, wziąć udział w rytuale, spotkać się i obnażyć swe prawdziwe osobowości, nie skrywając już dłużej pragnień, popędów i emocji. Nie znają celu swej podróży ani postaci, która z chłodną kalkulacją sprowadziła ich w jedno miejsce. Do jakiego rozwiązania wiedzie ta nasączona lękiem i przemocą historia? I kim jest właściciel niesamowitego wzroku, swą siłą zdolny zamienić cywilizowanych ludzi w kopulujące na podłodze zwierzęta?
Powieść napisana jest w formie notatek, które pozostawił po sobie profesor Eliot Ems, spisywanych momentami od prawej strony do lewej – bohater posługuje się izometrycznym pismem, chcąc utrwalić dyskusje, jakie toczyli uczestnicy sympozjów, owych dziwacznych sesji poświęconych, najogólniej mówiąc, paradoksom, jakie kryje jeszcze współczesna nauka. Majewski celowo nawiązał tu do prastarej gnostycko-kabalistycznej tradycji, wedle której prawdziwa mądrość winna być zakryta przed oczami profanów, choć czytelnicy jego książki mogą spróbować ją rozwikłać, posługując się podczas lektury zwykłym lusterkiem.


Fragment "Hipnotyzera": "Wiem, że grozi mi nieopisana kara za złamanie pieczęci milczenia, lecz muszę wreszcie uporządkować swoje życie i zapisać to, co dyktuje mi pamięć. Gdy dotarłem tu w poniedziałek, nad Wenecją szarzył się świt i w głębi na wodach laguny, kościół San Giorgio Maggiore wypływał z mgły. Kołysząc się na Canale Grandę w tramwaju wodnym, siedziałem z zamkniętymi oczyma i ktoś mógłby przypuścić, że dosypiałem noc spędzoną w samolocie, ale nie - byłem nadzwyczaj przytomny i łowiłem każdy dźwięk: niskie, terkoczące wibracje silnika barki ze śmieciami, wysokoobrotowe, wzburzone wycie taksówki wodnej odbierającej ostatnich hazardzistów z kasyna i chlupot wiosła zadziwiająco sprawnie poruszającego i sterującego asymetryczną gondolą. Chłonąłem owe dźwięki i rozpoznawałem jak kiedyś, gdy żyłem tu za mrocznymi okiennicami przepuszczającymi jedynie włosy światła. Czułem ból i ulgę, że teraz jestem panem swych oczu, mogę je otworzyć, kiedy chcę, sprawdzić, czy źródło dźwięku zgadza się z moim wyobrażeniem. Wysiadłem na San Zaccaria i ruszyłem brzegiem Riva degli Schiavoni. Skręciłem w wąską Calle del Dose i dotarłem do Campo Bandiera e Moro. Hotel La Residenza był starym pałacem Badoer z niewielkimi pokojami - jedynie ogromny hall na pierwszym piętrze, owe weneckie piano nobile, kapał gobelinami i meblami gotyku. Tam też po chwili zaspana recepcjonistka odnajdywała rezerwację na równie zaspanym ekranie komputera, który migotał i wyłączał się, gdy tylko pojawiała się na nim lista gości.

Wziąłem pokój na lewo od hallu i zamknąłem drzwi na klucz. Rozpakowując się, zauważyłem, że nieświadomie (a może z premedytacją) urządzam pokój tak jak tamten. Nawet zatrzasnąłem okiennice. W mroku słuchałem budzącego się hotelu, rejestrując podobieństwa dźwięków, które tak dobrze znałem. To szurnięcie krzesłem i ciężkie kroki bosych stóp to Hette; nerwowe pokasływania to Gerard; brakowało tylko płaczu codziennego szlochu, który przenikał grube ściany o świcie...

Nie wiem, kiedy usnąłem. Zbudził mnie telefon. Było już po pierwszej, gdy ktoś łamaną angielszczyzną usiłował przekonać mnie, że popełniono błąd i powinienem zaraz przenieść się do innego pokoju, zresztą ładniejszego i droższego, ale za tę samą cenę. Nie zgodziłem się. Recepcjonista nalegał usiłował przekupić mnie prezentem w postaci darmowej wycieczki do katedry na Torcello, ale odmówiłem. Ponownego urządzania się w jakimkolwiek pokoju w tym mieście nie przeżyłbym.

Obiad zjadłem w trattorii przy hotelu i niechętnie ruszyłem na obchód miasta. Każdy krok sprawiał mi ból. Na mostach przytrzymywałem się poręczy tak jakbym nagle zachorował, postarzał się i zgarbił. Siadać na ławkach lub schodach kościołów nie miałem ochoty; przecież gdzieś, z mrocznego zakamarka, spomiędzy szczelin okiennic, mogły patrzeć na mnie jego oczy.

Lawirowałem uliczkami Wenecji jeszcze kilka dni starając się opóźnić moment konfrontacji z przeszłością, lecz zmęczone nogi wiodły mnie coraz bliżej mostu przy Akademii. Już miałem nań wejść gdy w ostatniej chwili rezygnowałem i, by dotrzeć na drugą stronę, nadkładałem drogi przez Campo San Angelo i Rialto. Poruszającemu się po Wenecji unikanie Ponte Accademia niezwykle komplikuje życie. Wreszcie przełamałem się i stanąłem na moście.

Stary pałac wyglądał tak, jak go zapamiętałem - ciemnozielone okiennice zatrzaśnięte na dwadzieścia siedem spustów i biała fasada z marmuru istryjskiego wionąca chłodnym spokojem. Koronkowy maswerk loggi zwieńczony czteroliśćmi był poezją architektury, ale to, co pałac krył w swoim wnętrzu przenikało mnie lodowatym powiewem...

Tak, pamiętałem rozkład każdego piętra i pokoju schody w głębi domu i niewielki ogród chroniony wysokim murem. W nozdrzach miałem zapach wilgotnych ścian i butwiejącej bramy nad Canale Grande; wyżarta od spodu przez glony przepuszczała wodę codziennych przypływów mlaszcząc, plując i siorbiąc, jak gdyby jakaś starucha płukała sobie gardło i połykała hektolitry zielonkawej wody.

Kolana ugięły się pode mną, odwróciłem się i resztką sił uciekłem. Biegłem uliczkami, odbijając się od ścian i przechodniów, i nie byłem w stanie się uspokoić, dopóki nie zatrzasnąłem drzwi pokoju hotelowego i, bez zapalania światła, usiadłem w kącie na podłodze. Z trudem łapiąc oddech, uśmiechnąłem się. Mimo tchórzliwej bieganiny, maratonu strachu przez uliczki, place i mosty Wenecji, czułem się jak bohater. Ostatecznie stać mnie było na wejście na most i spojrzenie prosto na dom...

Uśmiechałem się jeszcze dlatego, że zobaczyłem pod zamkniętymi powiekami owego słynnego prywatnego detektywa (który nigdy nie mógł się zmaterializować), jak wchodzi na most i sam spogląda na dom. Na pewno zdziwiłby się, że nikt z nas nie jest w stanie uciec - jego spojrzenie oceniłoby fasadę budynku nie jako muzykę architektury, lecz jako ścianę ćwiczebną alpinistów, dla których zejście po gzymsach, archiwoltach i pilastrach pałacu byłoby igraszką. A może podejrzewałby istnienie subtelnego systemu alarmowego, okien połączonych drutem pod napięciem, złych psów i uzbrojonych strażników lub zastanawiał się nad możliwością wypłynięcia pod zmurszałymi zębami bramy? Nieważne — cokolwiek przyszłoby mu na myśl, i tak nie zrozumiałby działania tej jednej jedynej siły, której niepotrzebne były fizyczne zabezpieczenia. A może gdyby stał, nie podejrzewając niczego, i oglądał po prostu jeden z pałaców, jakich w Wenecji wiele, natknąłby się nagle na oczy patrzące przez cały mózg, w tył jego głowy, tam gdzie schowany jest strach. A wtedy skończyłby jak my, jeden z bezsilnie oczekujących, aż któryś z kolegów przypomni sobie o jego istnieniu i przyjdzie go uwolnić."


Dystrybucja (Distribution): Dom Wydawniczy REBIS ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań tel. (+4861) 867-47-08, 867-81-40; fax 867-37-74, księgarnia internetowa (internet bookstore): www.rebis.com.pl, e-mail: rebis@rebis.com.pl
Recenzje