
Więc tak: Chris jest inżynierem, specjalistą od budowy statków, Claudia historykiem sztuki, pisze pracę o malarstwie Hieronima Boscha. Ich przyjaźń zamienia się w miłość. Postanawiają zamieszkać razem, wynajmują mieszkanie. Zanosi się na idyllę: ona i on w ciągu dnia zajmują się swoimi pracami, po południu są razem, wtedy się kochają.
A jednak nie. Zainteresowania mężczyzny schodzą na plan dalszy, na ekranie dominuje coraz bardziej świat Claudii. Claudia żyje Boschem, zwłaszcza tryptykiem "Ogród rozkoszy". Mówi o nim, przedstawia swą własną interpretację. Twierdzi, że Bosch głosi moralność całkowicie nierepresyjną: dozwolone jest wszystko, co prowadzi do osobistego szczęścia, jego podstawą jest miłość cielesna. Claudia powołuje się na konkretne sceny z obrazu, pełne piękna i erotycznej intensywności. Próbuje reinscenizować je wespół z partnerem. To właśnie one świadczą o całkowitej apologii miłości, bez opamiętania i bez granic.
W tym miejscu otwórzmy nawias. Wśród widzów oglądających film Majewskiego znajdą się zapewne ludzie, którzy o malarstwie Boscha nie mają pojęcia, ci uwierzą w każde słowo Claudii. Znajdą się także znawcy przedmiotu, ci prawdopodobnie uśmiechną się wyrozumiale. Ale w większości wypadków będą to ludzie, którzy coś o Boschu wiedzą, ale nie tyle, co trzeba; będą mieli wątpliwości, zechcą sprawdzić, pójdą do biblioteki. Stwierdzą, że obraz składa się z trzech części. Że część środkowa, największa, przedstawia rozkosze doczesnego życia. Że część lewa przedstawia raj, a część prawa - piekło. Jeżeli Bosch był chrześcijaninem, to musiał być przekonany, że wszystkie postacie pokazane w części centralnej trafią prędzej czy później bądź na lewo, bądź na prawo. Wynikałoby z tego, że tryptyk nie przedstawia trzech sytuacji odizolowanych i statycznych, lecz jedną sytuację dynamiczną i dramatyczną. Zaś część środkowa ma charakter nie tyle apologetyczny, co obiektywny. Bosch przedstawia piękno miłości, jej czar, który nas uwodzi. Ale przedstawia tam także moment, w którym trzeba podjąć decyzję. Albo inaczej: przedstawia pewną linię graniczną przebiegającą w czasie, po której przekroczeniu nie ma już odwrotu.
Tak to sobie wyobraża widz kinowy, który poszedł do biblioteki, by coś obejrzeć i poczytać. Teza Claudii jest jednak zupełnie inna. Claudia trzyma się interpretacji statycznej, powtarza ją w filmie pięciokrotnie, w różnych okolicznościach. Podstawą tej koncepcji jest uparte pomijanie czynnika czasu. Dopóki żyjemy w ogrodzie rozkoszy, dopóty nie musimy się lękać. Tak rzekomo twierdzi Bosch i nie ma powodu, by wątpić w jego naukę. Claudia chce ją zaprezentować w swej dysertacji, chce ją także wypróbować w życiu prywatnym. Oczywiście jest to złudne - i ta złudność zostaje w jakimś momencie ujawniona. Claudia cierpi na chorobę nowotworową, pozostał jej rok życia.
Tak więc film pokazuje sytuację zdumiewającą. Młoda kobieta dowiaduje się, że cierpi na nieuleczalną chorobę - i uruchamia gigantyczną machinę, by tej śmierci duchowo sprostać. Zaczyna studiować obrazy znanego malarza, wpisuje w jego dzieło pewną specyficzną ideę nieśmiertelności. W swym życiu osobistym zaczyna naśladować zachowania przez owego malarza sportretowane, werbuje młodego mężczyznę, który jej w tym pomaga... Zdumiewająca pomysłowość, niewyczerpalna energia. Czy godna krytyki? Oczywiście nie. Wszystkich nas prędzej czy później czeka ten sam los. Wszyscy - w stopniu mniejszym czy większym - odczuwamy strach przed śmiercią. Więc zachowanie Claudii powinno nam być bliskie.
A jednak nie jest. Postawa Claudii budzi wątpliwości; może dlatego, że jej działania odwołują się do procesu redukcji. Claudia odrzuca wszystko, co kojarzy się z przemijaniem, ale także z przemianami, ze zmiennością. Stąd uparte zacieranie różnic między odmiennymi formami życia. O świecie Boscha mówi tak: "Tutaj nie istnieje śmierć, zastąpiła ją symbioza roślin, zwierząt i ludzi. Ich wspólne ciało splata się w harmonijnym tańcu".
Ale jeżeli nie ma różnic między człowiekiem, zwierzęciem a rośliną - to może także nie ma różnicy między przyrodą ożywioną i nieożywioną? W istocie, myśl taka pojawia się, gdy Claudia powołuje się na hipotezę Leonarda Da Vinci: że to nie materia więzi duszę ludzką, lecz dusza ludzka - materię, jej wyzwolenie przynosi ulgę. Pojawia się także w sekwencji końcowej, gdy Chris - na życzenie Claudii - tworzy substytut ciała ludzkiego: woda w akwarium, w osobnych pudłach sproszkowany węgiel, wapno, trzy żelazne gwoździe, mosiężny spinacz etc. "To właśnie jesteś ty" - powiada Chris.
W tym momencie Claudia jest już zdeklarowaną zwolenniczką stoicyzmu. Wpisuje tę filozofię starogrecką nie tylko w malarstwo Boscha, ale także w swe własne życie. To właśnie filozofowie tamtej szkoły twierdzili, że nie ma różnicy między światem żywym a martwym, między duchem a materią. Cały wszechświat miał dla nich jednolitą naturę. Był materialny, ale zarazem duchowy, bo przeniknięty "pneumą" - to słowo może być tłumaczone jako forma, ale także jako dusza. Pneuma jest wszędzie jedna i ta sama: nie ma różnych rodzajów ciał, są tylko różne stopnie nasycenia pneumą. Stoicy uznawali tylko świat przyrody, ale dopatrywali się w nim natury nadprzyrodzonej. Byli panteistami.
Tak oto dochodzimy do istoty naszych wątpliwości. Postawa Claudii może irytować, bo jest nieheroiczna. Claudia nie próbuje się śmierci przeciwstawić. Przeciwnie, chce się z nią oswoić, przyzwyczaić do niej, znaleźć wspólny język. Nie istnieje zasadnicza różnica między ludzką nogą a gałęzią drzewa, więc czymże się tu przejmować? Zapewne jest w takim postawieniu sprawy jakaś myśl kojąca, jakieś pocieszenie - ale jakże demobilizujące.
To prawda, że w naszej walce ze śmiercią nie możemy liczyć na sukces. Ale przecież istnieje zjawisko sukcesu częściowego. Człowiek umiera, ale próbuje pozostawić po sobie coś, co nie umrze wraz z nim. Może to być produkt jego intelektu, wyobraźni, uporu - jak choćby ogródek jordanowski w filmie "Piętno śmierci (Ikiru)" Kurosawy. Nade wszystko zaś - może to być jego dziecko. Claudia zdaje się pojmować rzecz inaczej. Pragnie sprostać śmierci, ale w tym sensie, że nie chce przeżyć zbyt dużego wstrząsu.
Można by na to przystać, gdyby nie jedna scena: długi i dramatyczny monolog nawiązujący do zjawiska tzw. śmierci Boga. Właśnie w tej scenie Claudia jest rzeczywiście zrozpaczona. Jej słowa: Bach, pisząc fugę, słyszał muzykę sfer. (...) Słyszał planety krążące wokół Słońca w tonach i półtonach, odkrytych przez Pitagorasa, kiedy Bóg rządził światem. Filozofowie, rzemieślnicy, uczeni i artyści, wszyscy służyli Jemu. Domy sprzed stu lat to oazy solidności i symetrii. (...) A potem nagle wszystko zadrżało i zaczęło się rozpadać. Dlaczego? Nie wiadomo.
Można mieć wątpliwości czy rzeczywiście nie wiadomo. I czy rzeczywiście termin śmierci Boga jest trafny. Może raczej należałoby mówić o próbie zabójstwa z premedytacją, jako że w ciągu ostatnich 200 lat bardzo wielu inteligentnych ludzi starało się udowodnić, że Bóg nie istnieje. Ale w tym momencie nie o to chodzi. Faktem jest, że sto lat temu świat był inny. Sekularyzacja nie tylko wygnała Boga z naszego ziemskiego świata, ona także przekreśliła dwoistość tego świata. Ten świat sprzed stu lat istotnie zdawał sobie sprawę ze swego dualizmu. Duch był niezniszczalny i wieczny, materia ulegała rozpadowi, więc ludzie walczyli o to, by się rozpadowi przeciwstawić. Claudia ma rację, "domy sprzed stu lat to oazy solidności i symetrii" - po prostu dlatego, że miały dorównać solidności i symetrii ducha.
Zdaje się, że Claudii bardzo się to podoba. Tęskni za solidnością, brzydzi się tandetą, powtarza to z zaciekłą furią. To bardzo dobrze, ale przecież mogłaby te swoje upodobania potwierdzić czynem. To znaczy: nadać odpowiedni wymiar swej śmierci. Niestety, odnosimy wrażenie, że właśnie tego nie czyni. Jej koncepcja umierania wyrasta z idei materialistycznego monizmu: człowiek jest sumą składników chemicznych. Śmierć taka, jakby ducha nigdy nie było.
Claudia jest postacią tragiczną, prawdziwą córką naszych czasów. Szuka, błądzi, przeczy sama sobie - i nie zdaje sobie z tego sprawy.